czwartek, 13 grudnia 2012

O psie, który jechał koleją...

Przeżycie zdecydowanie godne opisania...a czy zawdzięczać to sobie, Emce czy pkp...

Nie wiem czemu, ale z jakiegoś powodu żyłam w przekonaniu, że w sobotnie popołudnia ludzie albo dotarli już tam gdzie chcieli, albo właśnie docierali. No bo kto to słyszał, żeby w środku dnia, w dodatku w weekend, gdzieś jeździć?
Tak więc zaraz po pracy, pobiegłam pędem po Emkę, żeby kierować się z nią na pociąg, gdzie oczami wyobraźni już widziałam pusty przedział, specjalnie dla nas...

Pierwszym wyzwaniem była jazda linią 174.
Warszawa. Spacer wykonany, pies wybiegany a tu trzeba wsiadać do autobusu, w którym tyle dziwnych zapachów i oprzeć się nie ma o co. Na szczęście nie było wiele osób, więc nie było problemu że czyjaś łopatka jest na moim nosie, a pysk Emki wgniata mi się w kolano, co w środkach miejskiego transportu czasem się zdarza....
Po tradycyjnym obwąchaniu najbliższych pasażerów i przyjęciu postawy, która nie pozwala na utratę równowagi Emka obsypała się łupieżem...Zjawisko o którym jedynie słyszałam...aż do teraz. Nie powiem, żeby podziałało to na mnie uspokajająco. Bo jeśli to jest aż taki stres dla psa, to co to będzie w pociągu? Siedem przystanków, które urozmaicone były popiskiwaniami niebardzowiedzącegocosiędzieje psa. Na szczęście na popiskiwaniach się skończyło-bez histerii, jakichś skoków czy szarpania się.
A może to były po prostu psie skargi na transport miejski? :)

Ale, ale...Najlepsze miało dopiero nastąpić. Dworzec Centralny wygląda tak złowieszczo, jak brzmi. Szczególnie dla psa pokroju Emki...Kolejka po bilet, choć niewielka, została obszczekana należycie.
Jedna z walizek zaś zdecydowanie wyglądała groźnie, i trzeba było to obwieścić światu...Panowie z ochrony nie patrzyli na nas zbyt przychylnym wzrokiem...No cóż, my na nich też nie :)

1/3 sukcesu za nami. Teraz dotrzeć na właściwy peron i poczekać na pociąg. A miałyśmy aż 30 minut oczekiwania. To był właściwy moment na zaległe śniadanie-i tak, pośród kręcącego się tłumu, krzyczących ludzi, grających telefonów, komunikatów ze ściennych megafonów i pisku hamujących pociągów czas dla nas dwóch się zatrzymał. Ja powolutku ją karmiłam odwracając uwagę od wszechogarniającego chaosu, a ona strzelając uszami, z rozbieganym wzrokiem, dość łapczywie konsumowała kolejne chrupki...
Jeśli dla mnie było głośno, to co dopiero dla niej?!

Oczywiście moje złudne marzenia co do miejsca w pociągu, rozpłynęły się wraz z zajęciem miejsca na peronie nr 4. Morze ludzi, toreb i walizek...I jeden pies. Jak to w Polsce bywa, zaraz po zatrzymaniu się kolei, wszyscy rzucili się do drzwi. Na setki osób tylko jedna miła, starsza pani spytała, czy mogłaby może jakoś pomóc. Jedna jedyna...Nic to, torba na plecy, Emka na ręce i do pociągu. Wszak stopnie prowadzące do wagonu nie zachęcają do wejścia ;] A że pies pierdoła, to już inna sprawa :)

Do przedziałów zaglądać nawet nie próbowałam. Szkoda chodzenia i ciągania psa za sobą. A przypominam-jeśli ktoś nie wie-że wg obowiązujących zasad, jeśli komuś w przedziale nie podoba się obecność psa, w każdej chwili może właściciela wraz ze zwierzęciem wyprosić.
Zajęłyśmy więc zaszczytne miejsce pomiędzy wagonami, zaraz przy drzwiach pociągowych naprzeciwko toalety...Żeby uspokoić dalejniewiedzącącosiędzieje Emulę, przysiadłam, zachęcając, żeby zajęła mi miejsce na kolanach. Nie musiałam nawet zachęcać. Wdrapała się, wtuliła i tyle :) Kaganiec (również wymóg pkp) na pysku nie zachęcał jej do koncertów, więc próbowała zasnąć. Próbowała, bo oczywiście wszystkie pęcherze moczowe świata (a przynajmniej pociągu TLK 'Telimena') musiały korzystać z toalety znajdującej się obok nas. O łoskocie wydobywającym się z pomiędzy złączy wagonowych nie wspominam...O tym, że minęło mnie co najmniej 3 konduktorów z jakieś 10 razy i żaden nie zaproponował żadnego miejsca ani jakiegokolwiek zainteresowania- też. Wspomnę za to o tym, że taką jazdę polecam każdemu, kto jest dopiero na początku budowania więzi ze swoim psem. Bo zachowanie Emki świadczyło tylko i wyłącznie o tym, że ma do mnie zaufanie...a w tamtym momencie nie liczyło się dla mnie nic innego :)


I tak, kiedy przestało już mi przeszkadzać drętwienie nóg, a Emka nareszcie zamknęła oczy na dłuższą drzemkę przyszedł czas PRZESIADKI. Tak, tak-nie ma lekko...Na szczęście wysiadłyśmy na dobrym przystanku, choć dworzec w szanownych Koluszkach oświetlony oczywiście nie jest, więc trzeba mieć bystry wzrok i refleks, żeby zdążyć spytać wyskakujących ludzi czy to dobra stacja...

Pociąg do Piotrkowa miał odjeżdżać za 10 minut, pytanie kluczowe-SKĄD?
Dobrze, że łaskawy pan konduktor pokierował nas w podziemia, gdzie dalej panowie sok-owcy wskazali odpowiedni peron. Tabliczek oczywiście nie ma...

Nasza kolej grzecznie na nas czekała, a że była pusta, zajęłyśmy cały przedział dla dużych przesyłek.
Skoro mpk traktuje psa jako bagaż, to czemu miałoby być inaczej w pkp? Akurat 2 krzesełeczka i cała podłoga do dyspozycji Emulencji. No i takie warunki to ja rozumiem!

Nie wiem czy to kwestia województwa (łódzkie, nie mazowieckie), czy może rodzaju pociągu (Regio, nie Intercity) a może i samego konduktora...Po pytaniu o to, czy psu na pewno wygodnie i lamentowaniu nad ilością biletów, jakich musiałam pilnować (po co jeden, lepiej cztery...) szepnął, że ten kaganiec to zbędny :)

"Spojrzenie z serii, ja jestem zrównoważonym psem, a moja właścicielka nie."

Całkiem wyluzowany zwierz, po zezwoleniu na uwolnienie.
Ważna rzecz o której wspomnę to to, że o ile w pociągu z czasem potrafiła się uspokoić, o tyle po wyjściu z pociągu całe gromadzone emocje musiały znaleźć ujście. A i chyba skomentować cały pomysł jazdy chciała, bo szczekała dość długo...nawet po odjeździe pociągu i opustoszeniu dworca. Jednak gdy tylko klapa bagażnika znajomego samochodu została otworzona, a ze środku odezwał się głos kierowcy, który raptem miesiąc temu przekonał ją do siebie nie byle jakim jedzeniem...ogon ze szczęścia o mało nie odpadł :)

Jeszcze tylko długi spacer po znajomym terenie, jeszcze tylko obwąchanie znajomych kątów i jak zwierzę legło, tak dopiero wstało nazajutrz.

Co za dzień...


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza